Futrzyniec 2.0

5 października 2016

Praca w Ogrodzie wrze, a czas nadal nie jest z gumy. Jednak robimy wszystko co w naszej mocy by moc go zagospodarować w maksymalnym stopniu. Zamknęliśmy kilka  istotnych projektów, o jednym z nich w kolejnym wpisie, powoli przygotowując się do zasłużonego urlopu.

Ponieważ zwalniamy tempo, dzisiejszy wpis trochę luźniejszy, czyli o naszych kochanych zwierzakach. W ciągu ostatnich lat kilka z nich nas opuściło, inne natomiast znalazły w Ogrodzie nowy dom.

Artemida

Pierwsza kicia w domu. Adoptowana z bydgoskiego schroniska. Od maleństwa wyjeżdżała do lasu, kocha wolność, ale jednocześnie musi mieć nad wszystkim pełną kontrolę. Czuje się bardziej człowiekiem niż kotem. Bardzo przeżyła to, że kiedy miała niespełna rok, pojawiła się w domu kolejna kicia – Szarada. Jest wyjątkową przylepą, kocha wchodzenie na głowę i skrzeczenie. Będąc wyjątkowo towarzyskim stworzeniem, nie odpuści żadnym wolnym kolanom, czy aktualnie używanej klawiaturze. Zawsze w centrum uwagi, obraża się, kiedy zostaje w bardziej stanowczy sposób odgoniona od klikania po klawiaturze lub myszce. Zje oliwkę lub prażoną cebulkę tylko i wyłącznie po to by udowodnić innym, że to ona dostała coś do jedzenia, więc jest ważniejsza od reszty. Mimo tego, ze jest już starszą, niemal 12-letnią, panią nadal zapalona podróżniczka i uwielbia spacery po lesie. Nie pogardzi jednak ciepłym kominkiem, przy którym można dobrze wygrzać brzuch. Co ciekawe mimo matuzalemowego wieku oraz widocznej nadwagi, zdrowie jej dopisuje i zdaje się, że długo jeszcze będzie nam towarzyszyć.

Ciężniczka Szarada

Kotka z rodzinnego domu, Córka Beti, wnuczka Pchełki. Prawdziwa księżniczka, która mimo swojej niesamowitej masy, każdą czynność wykonuje z niesłychanym wdziękiem. Fanka polowań i wierna strażniczka swych włości, postrach kretów i okolicznych psów. W domu orędowniczka pokojowych rozwiązań i filozofii Zen. Swoje rubensowskie kształty zawdzięcza niezliczonej ilości drzemek w ciągu dnia i nocy. Istnieją podejrzenia, że jej skrytym marzeniem jest być zawodniczką Sumo oraz że w  poprzednim życiu była nowoorleańską Mambo. Niestety okazało się, ze koteczka ma chore serce, co zdaje się było przyczyną jej spokojnego nastawienia. Od kiedy jednak dostaje tabletki, rozrabia nieco bardziej, wspominając swoją młodość.

BoyKot

Inaczej Bełkot. Rudy Rumun, drobny złodziejaszek, który nie odpuści żadnej okazji by coś wykraść i wyjeść. Z niesamowitym brakiem wdzięku wskakuje na blat, tłukąc przy tym wszystko, co stoi na drodze do upragnionej zdobyczy. Pojawił się u nas z warszawskiej Koterii. Od razu wiedział, że się wyprowadza – wszedł do transporterka i cierpliwie czekał, aż nowa rodzina skończy formalności. Jak żaden inny kot potrafi dawać prawdziwe całuski i uwielbia być noszony na rękach jak niemowlę – staje na dwóch łapkach by go wziąć na ręce, po czym się wygodnie rozkłada w ramionach bardzo głośno przy tym mrucząc. Będąc na dworze często bumsa i zawzięcie opowiada o swoich przygodach.

Dąbek vel Dąbi Ząbi

Pies w typie labradora. Wychowany praktycznie przez koty. Będąc szczeniakiem naśladował je śpiąc na parapecie, oparciu kanapy lub skacząc na maskę samochodu… Jest coraz bardziej kochany świadomie dążąc do doskonałości w oczach swoich kociarzy. Na widok najmniejszej nawet kałuży dostaje małpiego rozumu, uwielbia pływać i jeździć samochodem, najlepiej do lasu. Będąc klasycznym mięsożercą, jego ulubionym, przysmakiem jest… sucha bułeczka polana miodem. Jako jeden z niewielu psów ma własny samochód zwany Dąbkowozem, tak jak Artemida uwielbia podróże, nie ważne czy niedaleko do sklepu, czy gdzieś dalej do lasu.

Hobbit

Koteł z hodowli. Wymarzony Norweg. Został zakupiony z pełną premedytacją kota z pełną listą klasycznych cech przynależnych tej rasie. Prawdziwy hrabia (Hobbinek von Lovinneck herbu Dobry Duch*PL) preferujący ciszę i niezachwiany spokój. Często wybiera się na wędrówki w znane tylko sobie miejsca i wraca kiedy ma na to ochotę. Na przytulanki czy czułości przychodzi tylko i wyłącznie wtedy, kiedy postanowi. Wyjątek od reguły to grzebyczek – na czesanie zawsze znajdzie czas w swym napiętym grafiku. Jest niezwykle inteligentny doskonale potrafi pokazać lub “powiedzieć” co dokładnie chce. Co więcej – nadał nam imiona.Adam – miaaauuuuuuaaaa, Wiktoria – mnia-miniaaa, dzięki czemu wiemy do kogo akurat się zwraca.

Hera

Maine coon (heineken vel maniacoon). Kicia z hodowli, która nie wyrosła na klasyczną piękność wagi ciężkiej, co jest wpisane w standard rasy. Jest to kotka o filigranowej budowie, z lwim pyszczkiem okolonym bujną kryzą. Jej zdezorganizowanie widać na każdym kroku – zarówno w gorączkowym zachowaniu jak i rozkojarzonym spojrzeniu trzpiotki kokieteryjnie zaczepiającej ukochanego Hobbita. Jej ulubioną zabawką jest sznureczek wyciągnięty z dresów, który lubi gonić i nosić po domu głośno i zwycięsko miaucząc. Tak naprawdę nie wie, czego chce od życia. To znaczy wie, ale już nie. To znaczy tak. Głaskać. Nie. Biegać. Jeść. Głaskać. Nie. Spać. Nie. Bum (ten upadek był oczywiście planowany). Jest przy tym straszliwie rozgadana. Jej pokaźna kita zdaje się być odrębnym, demonicznym bytem, zwanym Herkoogonem, istnieją podjedzenia że to właśnie on jest przyczyną kociego roztrzepania. Ostatnimi czasy upolowała swoją pierwszą żywą mysz. Ze względu na swoje roztrzepanie, nie jest kotem wychodzącym.

Sajgonki

Aurora i Aradia.

Zwane również Robalami ze względu na to, że wiją się jak dżdżownice kiedy są głaskane. Kicie, które jako ostatnie się pojawiły w naszym domu. Małe, rozbrykane bliźniaczki. Jedna z wytrzeszczem, genetycznie przystosowana do brojenia częstszego niż jest w kocim standardzie, zwana również kotem Frankensteina, gdyż jej budowa sugeruje jakby była złożona z kilku rożnych kotów. Druga szczupła tak, by przedostać się przez każdą szczelinę niedostępną dla innych, szczególnie jeśli jest to luka na strych, przy czym jest zapaloną alpinistką i akrobatką. Obie mają na koncie niezliczoną ilość kociego łobuzowania. Sensem Robalowego życia zdaje się być kopanie, bowiem żadna roślinka nie może się czuć w ich otoczeniu bezpieczna, jak też próbują zakopać każdy niedokończony posiłek. Nie ma znaczenia to czym zakopują, czy to psim legowiskiem, pisakiem, kurtką czy powietrzem. Pojawiły się u nas nie do końca przypadkiem – pojechaliśmy adoptować szylkretkę, wzięliśmy dwie trikolorki.

Wiktoria, Adam i psotne dębokwikowe Stwory:)